Wycieczki lipcowe - tak było w trzech częściach

Tak jak już pisałem, najwięcej pracy jako przewodnik miałem w maju i w czerwcu. Lipiec jest czasem na złapanie oddechu, co nie oznacza, że nie ma co robić. Na początku rzeczywiście było dość spokojnie, ale w sumie jednak trochę tych wycieczek można naliczyć.

W takim czasie warto mieć jakąś alternatywę (muzeum, cykliczne wycieczki jakiegoś domu kultury itp.) lub wręcz inną pracę (z tym się liczyłem).

U mnie tą alternatywą były zorganizowane, cykliczne wycieczki po Westerplatte. Bez nich lipiec miał by u mnie zupełnie inny charakter. Te wycieczki to inicjatywa Tour Guide Service Gdańsk Anny Kotuły.

O co chodzi we wspomnianych wycieczkach po Westerplatte? Idea jest prosta. Pomagamy zabłąkanym turystom. Dlaczego? Bo turyści na Westerplatte przyjeżdżają, kręcą się przy pawilonach i potem idą w kierunku jakiś tablic i pomnika. Coś przeczytają, coś zobaczą, jakieś ruiny, skojarzą z wojną. I tyle. Tam nie ma informacji o tym JAK wyglądały te walki. Takie jest niebezpieczeństwo spontanicznego zwiedzania.

Przejdźmy do konkretów. W tym miesiącu oprowadzałem:

  • 10 wycieczek po Westerplatte
  • 2 tradycyjne wycieczki
  • 3 wycieczki z kuracjuszami z Jelitkowa

To skoro mamy już powyższe wyliczenie to napiszę jak mi się oprowadzało te wszystkie wycieczki w skrócie.


Wycieczki po Westerplatte zaczęły się dość skromnie. Zazwyczaj oprowadzałem pojedyncze rodziny. Indywidualność tych wycieczek robiła na mnie wrażenie - była okazja spokojnie porozmawiać. Spotkałem też niesamowicie zgodne ze sobą rodziny. Jakoś nie mogę pojąć, że student/ka na wycieczce z rodzicami nie strzela fochów i pięknie przeżywa wspólną wycieczkę.

Ludzie byli na prawdę bardzo mili. Ta mała liczba ludzi skutkowała większą mobilnością. Drugą wycieczkę mogłem przeciągnąć do lasu gdzie był szturm 1 IX 1939 roku i jeszcze starczało nam czasu.

Dialog z turystami indywidualnymi skutkuje dopasowanymi porównaniami. Jak ktoś z Poznania to można im było rzucić, że tam za rzeką jest "taka jakby nasza Wilda".

W sumie przy oprowadzaniu rodzin odpoczywałem.

Miałem też podczas zwiedzania walkę ze samym sobą. W któryś poniedziałek męczyłem się z bólem gardła. Marnie się czułem, mam nadzieję, że nie odbiło się to nadto na wrażeniach turystów. Pamiętam, że wówczas po powrocie do domu wpadłem w tryb rozładowanej baterii. Spałem ile się da.

Raz też po powrocie stało się mi coś dziwnego z głosem. Jakby coś z oskrzelami i flegmą, ale skutek był taki, że głos mi zaczął improwizować i jakby zabłądził tercję w dół. Na szczęście miałem wówczas parę dni przerwy od pracy głosem.

Potem grupki zaczęły się robić trochę większe. Rekord zdarzył się w dniu gdy do jednej rodziny dołączyła grupa licząca... 99 osób. To chyba mój rekord. Dobrze, że wziąłem mały, chiński aparat nagłaśniający (zakup wspomogła ta właśnie strona!). Było OK, tzn. najważniejsze były pozytywne słowa opiekunki na koniec wycieczki. Takie grupy są trudne z racji na bardzo wolne tempo. Mówię: podejdźcie bliżej! Podchodzą, podchodzą i trwa to chyba wieczność. Grupa rozciągała się na 2-3 "autokary" długości.

Cieszę się z tego, że grupki zaczęły być większe. Szczerze, również z powodów finansowych bo kameralne wycieczki są świetne, spokojne, dobre czasowo - ale długa ich seria oznacza zarobki bardzo minimalne i mocno rozciągnięte w czasie. Wtedy włącza mi się w głowie lampka, że mogłem w tym czasie jeździć rowerem jako kurier i byłoby podobnie a dużo bliżej domu.

Duże grupy oznaczają zupełnie inny czas zwiedzania. Już nie ma czasu na chronologiczny, spokojny spacer do lasu. Musiałem zmienić trasę zwiedzania (porzucając chronologię) tak by zobaczyć wszystko.

Pojawiały się jak zwykle ciekawe pytania, choćby o to jak szyby w koszarach mogły wytrzymać bombardowanie (na to wskazują zdjęcia), o liczebność plutonów czy o rodzaj operacji jakich dokonywał Mieczysław Słaby.

Lubię takie pytania bo one oznaczają, że ludzie, chcą się czegoś dowiedzieć. Podziwiam!

Pogoda była typowa dla naszego gdańskiego lata. Czasem 18 a czasem 32 stopnie. Na Westerplatte z upałami nie ma problemu - cień drzew tu nas ratuje.

Przyznaję jednocześnie, że ostatnia wycieczka po Westerplatte ucieszyła mnie. Należy mi się urlop. Wróciłem do domu uskrzydlony bo skończyłem najtrudniejszą fizycznie część miesiąca. Zwłaszcza te dojazdy na półwysep były uciążliwe.

20220701_115925-ANIMATION.gif


Dwukrotnie oprowadzałem też "zwykłe" wycieczki. Chodzi o standardowe grupy, które chciały zobaczyć jakąś część Trójmiasta. Tym razem był to Gdańsk.

Raz 3 godziny oprowadzałem kolonistów. Nie powiem, nie było łatwo. Młodzi nie mieli ochoty na spacery. No, ale program trzeba było realizować. Cieszę się, że w końcu udało mi się zaprowadzić grupę na pokaz ruchomych figur zegara astronomicznego w Bazylice Mariackiej. Były też aż dwa muzea.

Miałem też "zwykłą" wycieczkę z kuracjuszami po Gdańsku. Tych kuracjuszy później również oprowadzałem po Jelitkowie i okolicach. Lubię takie serie, bo nie jesteśmy wówczas wobec siebie anonimowi. Obawiałem się mobilności grupy, ale wyszło niesamowicie sprawnie i sympatycznie. O tak, jak grupa jest w dobrym humorze to wszystko idzie lepiej.

Było też długo - bo 8 godzin niby nie było jakoś szczególnie forsowne, ale efekt po powrocie do domu był taki, że "padłem". Najbardziej przysłużył się do tego Jarmark św Dominika. Tłum, tłum, dziki tłum.

20220725_120135-ANIMATION.gif


Były również wspomniane trzy wycieczki po Jelitkowie. To są w zasadzie spacery i tak tez je traktuję. W zasadzie jest to odpoczynek, w czasie którego staram się jak mogę dzielić swoją wiedzą.

Byłem podczas tych wycieczek również "szkoleniowcem". Kolega-przewodnik podpatrywał moje trasy i moje sposoby. Dzięki temu mam sporo zdjęć.

296914612_5146972185356193_8487634510869980391_n-ANIMATION.gif