
Klimatyczne trasy
Jeżdżąc na rowerze jako dostawca już od około pięciu lat, wiem mniej więcej, jakie trudności czekają w tej pracy. Podstawową kwestią jest niepewność zarobków, która w pewnym sensie wiąże się również z nadzieją na niezły wynik finansowy. Ta niepewność wynika w dużej mierze z czasu oczekiwania w sklepach i restauracjach.
Oczywiście wszystko zależy przede wszystkim od ruchu, ale duży wpływ ma właśnie czas wydawania posiłków. Przez lata udało się to jednak całkiem dobrze usprawnić i zazwyczaj czekamy minutę, dwie, a często torby są już gotowe. W praktyce przyjeżdżamy, widzimy przypinanie paragonu, zamykanie torebek i ruszamy dalej. Jeśli jednak dowiadujemy się, że trzeba czekać 10 minut, jest to dla nas naprawdę spory przestój. Można to porównać do straty kilku złotych albo wręcz darmowych nadgodzin — po prostu musimy zostać po pracy, choć teoretycznie powinniśmy już być w trasie.

Zdjęcie wykonane podczas długiego oczekiwanie na wydanie posiłków
Drugim problemem, który pojawia się po miesiącach, a tym bardziej po latach jeżdżenia, jest automatyzm. Wczoraj sam miałem sytuację, w której musiałem wrócić kilkaset metrów, bo pomyliły mi się azjatyckie knajpki. W głowie miałem już utrwaloną informację, że jadę do „tych Hindusów”, a tymczasem w okolicy powstało kilka podobnych lokali. Trzeba więc zachować skupienie.

Ostatnio zdarza mi się przewozić alkohol i dwa razy muszę klientom pisać, że odbiór osobisty jest koniecznością
Podobna pułapka pojawia się wtedy, gdy często jeździmy do tych samych klientów — na przykład do domu przy skrzyżowaniu po prawej. Gdy ponownie jesteśmy w tej okolicy, automatycznie skręcamy tam, choć tym razem zamówienie może być dla kogoś innego. To również potrafi wprowadzić zamieszanie.
Kolejną trudnością jest sytuacja, gdy klient pomyli adres. Niestety od czasu do czasu się to zdarza. Najczęściej kontaktujemy się wtedy z klientem, a gdy to nie pomaga — z supportem. Wczoraj miałem właśnie taką sytuację. Na szczęście klient poczuł się w obowiązku rozwiązać problem: poprosił o poczekanie lub o zwrot towaru do restauracji. Akurat było blisko i spotkaliśmy się po drodze, ale mimo to straciłem kilka minut. Bywa jednak, że klienci proszą, by pojechać na zupełnie drugi koniec miasta. Dla nas jest to całkowicie nieopłacalne. Wczoraj, gdy kończyłem już pracę, dostałem taką prośbę i odmówiłem.

Jeśli chodzi o adresy dostawy to ratują mnie mapy (szczególnie openstreetmaps). Tu na przykład numer klatki jest schowany za żywopłotem, dojście wewnętrznym chodnikiem, 100 metrów od lokalnej drogi
Następny problem to restauracje lub sklepy działające w dziwny sposób. Mam na mapie kilka takich punktów. Często wynika to ze słabej organizacji pracy — widać, że personel chętnie rozmawia, ale procedury dowozów są ignorowane. Mają własny system, do którego my musimy się dostosować, przez co tracimy czas. Odbieram to jako sytuację, w której „gaduły za ladą” nie kontrolują upływu czasu ani potrzeb dostawców.
Inne nieogarnięcie pojawia się w dużych sieciach sklepów. Towary kompletują tam pracownicy jeżdżący z koszykami, ale my często w ogóle ich nie widzimy. Nie wiemy, czy ktoś już zaczął kompletować zamówienie, czy dopiero zacznie. Nie wiemy też, ile towarów będzie ani czy będą ciężkie czy lekkie. To są punkty, których najlepiej unikać, choć czasem warto zaryzykować dla lepszego zarobku.
Kolejny specyficzny punkt na mojej mapie to miejsca, które sprzedają lody w pudełkach. Tam działa to tak, że lody rozwożą również pracownicy sklepu — mają własną usługę dowozu. Kończy się to tym, że przyjeżdżamy do takiego punktu, a drzwi są zamknięte, bo pracownik właśnie wyjechał do klienta. Zazwyczaj wraca szybko, w ciągu pięciu–dziesięciu minut, ale my w tym czasie czekamy i tracimy czas.
Wczoraj spotkały mnie właśnie dwa takie problemy: błędnie wskazany przez klienta adres (pomylenie miejsca zamieszkania z miejscem pracy) oraz konieczność czekania dziesięciu minut przy punkcie z lodami.